czwartek, 04 listopada 2010
Uwaga Uwaga!

Przenosimy bloga z bloxa na własny "kawałek internetu". Tutaj nie będzie więcej wpisów, dlatego zmieniamy link w zakładkach/rssach itp. na nowy!

Zapraszam na  krainaoz.pl

Trwają jeszcze prace nad wyglądem strony, bo na razie wyszło ciemno i smutno. Ale już powinno wszystko działać.

W razie jakichkolwiek problemów z nową stroną prosze o mail aga@krainaoz.pl

 

Sydney - część 1

Jak już wcześniej wspominałam, wyjechaliśmy w piątek późnym popołudniem. Na lotnisku w Brisbane spokojnie i pusto. Męża skontrolowali, czy aby na pewno nie przewozi żadnych materiałów wybuchowych (podejrzanie wygląda jak się nie ogoli).

Już za kontrolą mieliśmy bardzo dużo czasu do lotu, więc rozłożyliśmy bazę doładowującą i zaczęliśmy weekendowy relaks.

Lot tańszą wersją Qantasa, czyli JetStar, bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Obyło się bez nachalnych reklam z głośników przez połowę lotu jak w Ryanerze i fotele były wygodniejsze niż w Emirates Airlines. Króciutki lot, nie zdążyłam się nim nacieszyć, a już trzeba było lądować.

W Sydney na lotnisku bardzo łatwo się odnaleźć, droga do wyjścia jest dobrze oznaczona. Pociąg do centrum kosztował nas $60 za dwie osoby w obie strony. Nie trzeba się było martwić czy ma się gotówkę i jak nazywa się stacja, na którą chcemy dojechać - bilet kupuje się w automacie, płatność kartą, niezależnie od stacji cena ta sama - bilet poprostu na jedną ze stacji w City.

Spokojnie wsiedliśmy do pociągu, marząc o tym, żeby się wykąpać i pójść spać i wtedy pojawiła się pierwsza niespodzianka. Okazało się, że w mieszkaniu firmowym nie będziemy sami. Drugi pokój zajął kolega z pracy z żoną. Nasze plany o pójściu spać posżły w niepamięć. Przegadaliśmy z nimi prawie całą noc. Skończyliśmy o 3 rano :) Mimo tego wstaliśmy chyba przed 10tą i wybraliśmy się na wycieczkę do Zoo.

Taronga Zoo

12 minut promem od centrum, na wzgórzu, z pięknymi widokami na całe miasto (szczególnie żyrafy mają co oglądać ;) ). Zajmuje powierznię 21 hektarów i mieści w sobie ponad 2600 zwierząt (wszystko podzielone na 8 zoogegraficznych regionów). Warte każdego wydanego na wstęp centa.

Warto przeznaczyć sobie na tą wycieczkę cały dzień. My spędziliśmy tam 4 albo 5 godzin i nie zdążyliśm zobaczyć wszystkiego. Zdecydowanie polecam też posmarowanie szczególnie twarzy kremem przeciwsłonecznym, chyba że ktoś lubi mieć czerwony nos i czoło... ;)

Zwiedzanie zaczęliśmy od przejażdżki kolejką linową nad całym zoo, czyli SkySafari. Kolejka jedzie dość szybko i nie da się dokładnie obejrzeć wszystkiego z góry, ale i tak warto się przejechać. Świetne widoki.

Zoo oprócz "zwykłego" zwiedzania oferuje pokazy i wyklady. Z całego podekscytowania rozmiarem i wyglądem zoo, kompletnie zapomniałam sprawdzić godziny pokazów i niestety spóźniliśmy się na pokaz z fokami. Widzieliśmy samą końcówkę, która sprawiła, że jeszcze bardziej żałowałam, że się zagapiłam. Postaram się nadrobić kolejnym razem, bo wyglądalo to zabawnie :) Zaliczylismy pokaz ptaków. Przed nim myslałam sobie "ptaki? Co mogą robić ptaki, żeby nie zanudzić ludzi?". No i okazało się, że są to mądrzejsze stworzenia niż sądziłam! Robiło to wrażenie. Pokaz został jednak przerwany, bo kiedy "tresowane" szcury mialy przebiec po barierce i się schować, jeden postanowił uciec. A jako że ptaki, które mialy wtedy występować chętnie by takiego szczura zjadły, trzeba było przerwać pokaz i go odnaleźć.

Większość zwierząt albo coś zajadała, albo wypatrywała z niecierpliwością swojego jedzenia. Tylko koale miały wszystko gdzieś i słodko spały :)

W niekoniecznie wygodnych pozycjach...

Jaszczura bardzo chciała dostać buziaka.

Timon chłodził sobie brzuch na zimnym piasku i profesjonalnie pozował patrząc prosto w obiektywy aparatów.

Krokodyl zalotnie się uśmiechał.

A niegrzeczna żyrafa wystawiła mi język.

Kiedy bylismy w zoo, moglismy zobaczyć dwa małe, niedawno narodzone słoniki, a we wtorek przeczytałam na stronie zoo, że właśnie narodził się trzeci - tym razem dziewczynka! :)

Jeśli ktoś ma ochotę zobaczyc więcej zdjęć z zoo, to zapraszam do galerii na picasie (tam między  innymi najgorszy hot-dog świata i najsłodsze pluszaki jakie widziałam).

Późnym popołudniem, tuż przed zamknięciem zoo, poszliśmy na powrotny prom. Głodni i zmęczeni, z nadzieją, że tego wieczora odpoczniemy...

 

 

wtorek, 02 listopada 2010
Aga w Sydney

czyli jak wyleczyć się z miłości do Brisbane w 2 dni :)

(Ewentualnie jeszcze inny podtytuł wchodzi w grę - "czyli zdjęcia Opery i mostu z różnych perspektyw")

2 dni wystarczyły, żebym poczuła, że lepiej się czuję, kiedy jestem w większym mieście i więcej się dzieje. Od pierwszych kroków po ulicach Sydney daje się poczuć, że to miasto jest o wiele większe, wyższe, różnorodne i ciekawsze.

To był chyba najintensywniej spędzony weekend odkąd jesteśmy w Oz, a dzięki temu był również najlepszym weekendem od dawna :) To był wyjazd pełen niespodzianek i pierwszych razów. I chyba nie jestem w stanie wszystkiego opisać i oddać tych emocji, które nam towarzyszyły. Ale jest dobra informacja - za 3 tygodnie znowu będziemy w Sydney! (tym razem nieco dłużej) :D

Nie mam pojęcia od czego zacząć opowieść, więc zostawię was z paroma zdjęciami na dobry początek :)

poniedziałek, 01 listopada 2010
Dipawali

W piątek w Brisbane odbył się indyjski festiwal Dipawali, festiwal światła. Zaczął się przed południem, ale wszystko co najciekawsze i najbardziej efektowne, miało wystartować po zmroku. Niestety mogłam być tam tylko w okolicy południa i szybko wrócić do domu, bo w piątek wyjeżdżaliśmy do Sydney.

 

 

Wszystko rozkręcało się bardzo powoli i było niewiele ludzi. Impreza zaczęła się od indyjskich modlitw, w których nikt, oprócz panów prowadzących, nie brał udziału. Ja wypatrzyłam kobiety robiące tatuaże z henny i skusiłam się na jeden niewielki :)

Tuż po zrobieniu (wyciśnięciu grubej warstwy czarnej papki z tubki), był mocno wypukły i zbyt rzucający się w oczy.

Po około 15 minutach wszystko zaschło, popękało i ta cała czarna "skorupka odpadła", zostawiając pod spodem zafarbowaną skórę.

Na scenie nie działo się wiele. Najpierw wystąpiły dziewczyny, które chyba zaczęły treningi dzień przed festiwalem - myliły się strasznie, zapominały kroków itp.

Po nich pojawiła się "gwiazda", tańcząca od 5 roku życia, śliczna dziewczyna, ale tak pewna siebie, że aż wzbudzała niechęć do swojej osoby. Miała świetną muzykę, piękny strój, ale miałam wrażenie, że ma nie więcej niż 5 wypracowanych ruchów i powtarza je w kółko do każdej piosenki.

Na szczęście w między czasie zaczęli sprzedawać jedzenie :)

Siedzenia pod sceną od razu opustoszały...

i większość ludzi poustawiała się przy stoiskach z jedzeniem.

Na scenie pojawił się duży zespół z Rajastanu - gwiazda wieczoru, mieli co parę godzin występować dla publiczności, przez cały dzień. Ja już musiałam uciekać do domu i zdążyłam obejrzeć tylko taniec z garnkami na głowie ;)

poniedziałek, 25 października 2010
Peches Cardinal

Jakiś czas temu, testując francuską kuchnię, zrobiłam deser brzoskwiniowo-malinowy. Zapowiadał się smacznie, okazało się, że jest przepyszny! A w dodatku najłatwiejszy pod słońcem do przygotowania i można go zrobić o każdej porze roku.

Zwany jest Peches Cardinal, a do jego przygotowania potrzebujemy jedynie brzoskwini z puszki, mrożonych malin i odrobinu cukru. Ewentualnie w sezonie brzoskwiniowo-malinowym używamy świeżych owoców (brzoskwinie wtedy gotujemy do miękkości w mocno osłodzonej wodzie).

Cała magia polega na wrzuceniu do pucharka/miseczki brzoskwiń pokrojonych w plasterki i wylaniu na nie malin zmiksowanych z cukrem. Później koniecznie dajemy im trochę czasu w lodówce (moje były 3 godziny).

niedziela, 24 października 2010
Brisbane Zombie Walk

Dzisiaj poczułam zbliżające się Halloween. Przez centrum miasta przemaszerowały Zombiaki. Jeszcze zanim było je widać, było je dobrze słychać. Krzyk i pisk a później 20 minut maszerujących zakrwawionych, rozpadających się, gnijących Zombie :)

Trzeba przyznać, że niektórzy mieli świetne, dopracowane stroje. Najpopularniejsze przebrania to chyba pielęgniarki i lekarze oraz panny młode.

Było też trochę Zombiaków z psami oraz rodziny z małymi dziećmi :)

ten maluch zdecydowanie był gwiazdą tego marszu:

 

 

sobota, 23 października 2010
Sobotnie wygrzewanie

Dawno nie bylismy na plaży, więc korzystając z dzisiejszej cudownej pogody wpakowaliśmy się do pociągu i pojechaliśmy na Gold Coast. Powygrzewaliśmy się na gorącym piasku jak jaszczury i było nam z tym dobrze :)

Tak dobrze, że niektórzy z nas skakali ze szczęścia!

I jak już osiągnęliśmy taki najwyższy poziom szczęścia, byliśmy nagrzani od słońca i spacerowaliśmy po plaży, to pomyśleliśmy o Was... I chcieliśmy zapytać:

:)

 

 

 

 

P.S. Kto zgadnie (poniższe zdjęcie jako podpowiedź) dlaczego mężowi bardzo podobało się dzisiaj na plaży?

 

 

 

czwartek, 21 października 2010
Wszystkiego najlepszego dla nas :)

Z okazji naszej 4 rocznicy! :)

poniedziałek, 18 października 2010
Nowości

Po pierwsze - po 3 miesiącach dzwonienia, wiszenia na telefonie, porównywania, pytania, mailowania, dyskutowania, pisania, sprawdzania i CZEKANIA... mamy nareszcie podłączony internet!!!!

(Australia pod względem internetowym jest zacofana strasznie. Co z tego, że nas podłączyli, skoro i tak nasz pakiet ma ileśtam gigabajtów limitu? Kto w XXI wieku widział limity na internet?! A ceny? Oj cenią się za to, cenią.) Piękne historie były z podłączaniem, chyba 4 firmy po kolei się za to zabierały i każda miała jakieś problemy. No ale było minęło i teraz zaczynam się czuć jak w cywilizowanym miejscu ;)

A po drugie - maszyna do wypiekania chleba. Chyba niewiele zakupów sprawiło mi AŻ taką radość! Jeśli jeszcze nie macie takiego cuda, to polecam szybką wyprawę do sklepu. Cudowne urządzenie, które większość robi samo. Nasza rola polega na wsypaniu składników do miski i włączeniu odpowiedniego programu. Maszyna sama wymiesza i upiecze. Potem tylko myjemy miskę i nasza rola w tym wszystkim się kończy. A rezultat tej współpracy jest wspaniały.

Kupiliśmy wczoraj zupełnie przypadkiem (znaczy się była w planie, ale miałą być zamiawiana przez internet), wypatrzyliśmy w skleppie w okazyjnej cenie. Pierwszy chlebek upiekliśmy już wczoraj i mieliśmy dzięki temu pyszną kolację i śniadanie :)

Mamy takiego tefala:

A nasz wspaniały chlebek (pszenno-żytni, pachnący drożdżami) wyszedł nadspodziewanie pięknie (i smacznie oczywiście, ja zajadałam się samym chlebem, nawet masła nie potrzebowałam):

Zaraz biegnę do sklepu po rodzynki i będę próbowała zrobić słodką drożdżową bułę z kruszonką, a w środę (po kupieniu świeżych owoców na bazarku) testujemy kolejną funkcję tego cuda - robienie konfitury!

 

niedziela, 17 października 2010
Słonecznie i smacznie

Niedziele nareszcie jest pogodna! Ciepło i słonecznie - tego mi trzeba było, żeby odżyć po 3  tygodniach deszczu. A żeby było jeszcze fajniej, potrzebowałam dobrego jedzenia i akurat tak się dobrze złożyło, że dzisiaj był Multicultural Festival. A co za tym idzie - jedzenie ze wszystkich stron świata! (tak wiem, były też tańce, występy wokalne itp, ale jedzenie jest u mnie na pierwszym miejscu ;) ).

W pięknych okolicznościach przyrody, bo w Roma Street Parklands spędziliśmy smaczne popołudnie. Zaczęło się pięknie - od francuskiej bagietki. Była idealna - z chrupiącą skórką - a nie takim gumowym miękkim czymś, co sprzedają w centrum miasta.

Mąż próbował się zatrzymać przy jakiejś scenie i pooglądać występy, ale nie wykazałam zainteresowania i poszliśmy szukać kolejnych przysmaków.

Skusilismy się na grillowane kulki rybne z Tajwanu. Smaczne, ale mało wyrazisty smak, czegoś mi brakowało.

Za to wietnamskie 'spring rolls' były pyszne! Smak podobny do krokietów, tylko ciasto z wierzchu chrupiące zamiast miękkiego naleśnika.

Ponieważ pogoda dopisała, słońce mocno grzało, to największe kolejki były przy stoiskach z lodami i mrożoną kawą. My znaleźliśmy jeszcze coś róznie dobrego i orzeźwiającego - lodowe mango (sok z mango + woda, zamrożone w kubeczku z patykiem). Pychota!

Niedzielę z takim menu zdecydowanie zaliczam do udanych :)

środa, 13 października 2010
w czasie deszczu żony się nudzą

Lało. Chyba ze 3 tygodnie w większości (zdarzyło się parę słonecznych, gorących dni) było szaro i deszczowo. Okropna pogoda. A do tego taka porządna, ładna burza z piorunami była tylko raz. Zaczęła się po pierwszej w nocy, wiało mocno, deszcz padał poziomo i jak błyskalo, to aż w mieszkaniu jasno było. Siedziałam przy oknie dobrą godzinę i obserwowałam, żałując, że nie mieszkamy już w centrum na 28 piętrze - to by dopiero był burzowy punkt widokowy! Po tej burzowej nocy okazało się, że według jakichś tam pomiarów, najwięcej deszczu spadło w naszej dzielnicy oczywiście. Deszcz (tak jak i ptaki) jest złośliwy i mnie nie lubi. Przylazł tu za mną z Polski i mnie dręczy i straszy jesienną słotą. Zepsuł mi wiosnę! (tak nabroił, że niektóre miejsca w Brisbane zalało).

Przez tą pogodę wpadłam w szał gotowania, przechodzę wielkie zauroczenie kuchnią azjatycką (kolejną książkę kucharską pożyczyłam), a po obejrzeniu filmu Julie & Julia zapragnęłam spróbowac swoich sił w kuchni francuskiej. Wygląda więc na to, że conajmniej do końca października blog będzie bardziej kulinarny niż australijski ;)

(Ale mogę zdradzić, że na ostatni weekend października wybieramy się do Sydney! Będzie zwiedzanie, zachwycanie i dużo zdjęć!)

 

 

12:53, anamurek , różne
Link Komentarze (6) »
niedziela, 10 października 2010
Bananowo

Ponieważ ostatnio ciągle pada i jest generalnie malo przyjemnie na zewnątrz (ktoś mnie oszukał, miało być lato a nie jesień :/), to przerabiam kolejne przepisy z kuchni tajskiej. Jak tak dalej pójdzie, to zostanę mistrzem kuchni ;) Wczoraj odkryłam jakim cudem są banany w cieście!

Smakują trochę jak racuchy (tylko dlaczego nikt w dzieciństwie nie zrobił mi racuchów z bananami?!), a są super szybkie w przygotowaniu i bardzo bardzo łatwe.

Do zrobienia jednego dużego banana potrzebujemy:

1 dużego banana oczywiście :)

1/4 kubka mąki

1 płaskiej łyżeczki proszku do pieczenia

łyżeczki cukru

szczypty soli

1/4 kubka wiórków kokosowych

około 1/2 kubka wody w temp. pokojowej

odrobinę cukru pudru do posypania

 

1. W garnku o małej średnicy rozgrzewamy olej (około 5 - 7 cm powinien zająć).

2. W misce mieszamy wszystkie składniki (wyjdzie z tego taka papka, jak gęsty grysik).

3. Banana przekrawamy wzdłuż na pół i każdą połowę na kilka ok. 4 cm części

4. Do oleju wrzucamy kropelkę ciasta, żeby sprawdzić czy juz jest wystarczająco gorący.

5. Obtaczamy kawałki banana w cieście i wrzucamy kolejno do garnka. Smażymy około 3 minuty z każdej strony (na jasno złoty kolor).

6. Posypujemy cukrem pudrem i podajemy ciepłe :)

I daję słowo - poprawia humor nawet w najgorszą pogodę! :)

 

10:16, anamurek , food
Link Komentarze (5) »
sobota, 09 października 2010
Tajski obiad

Khao Phat Sapparot

czyli

Ryż z ananasem po tajsku

Składniki:


1 świeży ananas (najlepiej z zieloną częścią u góry)
2 łyżki oleju
1 jajko
2 ząbki czosnku
150g krewetek - albo 200g piersi z kurczaka
mała puszka kukurydzy
mała puszka groszku/albo pol szklanki groszku z mrozonki
1/2 czerwonej papryki
1 kubek ryżu - ok 3 torebki
przyprawy - ja dalam odrobinę płatków chilli (w przepisie była cała papryczka), sól, pieprz i curry

Przygotowanie:

1. Włączamy piekarnik - 180 stopni. Przekrój ananasa na pół (wzdłuż, zieloną  część też). Nożem i łyżką, albo łyżką do lodów wydrąż miąższ ananasa, zostawiając około 1 cm "ramkę" z każdej strony.

2. Miąższ ananasa pokrój w kostkę. Część odłóż do lodówki do zjedzenia na deser :) Liście ananasa zawiń w folię aluminiową, żeby nie spaliły się w piekarniku. Wydrążone połówki włóż do piekarnika na około 15 minut. Wysuszy to sok ze środka, dzięki czemu nie nasiąknie nim nasz ryż.

3. Ubij jajko z odrobiną soli. Na patelni rozgrzej łyżkę oleju. Wylej na to ubite jajko i rozlej po całej patelni, tak żeby zrobił się z tego taki wielki naleśnik. Smaż z każdej strony około 2 minuty - na jasno złoty kolor. Ostudź na talerzu, zwiń w rulonik i pokrój na cieniutkie paski.

4. Rozgrzej łyżkę oleju na patelni, dodaj starty na tarce czosnek i delikatnie podsmaż (uwaga - można łatwo spalić). Dodaj krewetki (kurczaka), paprykę pokrojona w kostkę, kukurydzę i groszek. Wersja z krewetkami potrzebuje około 3-4 minut smażenia. Wersja z kurczakiem - około 15 - do miękkiego kurczaka ;) Dodaj ugotowany ryż, kostki ananasa, przyprawy, paski jajowego naleśnika, wymieszaj i smaż około 5 minut.

5. Nałóż do ananasowych miseczek. Mozna posypać kolendrą albo pietruszką.

 

SMACZNEGO!! :)

01:59, anamurek , food
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 października 2010
Thai

W niedzielę mimo brzydkiej pogody wyskoczyłam na South Bank na Thai Festival.

Jak zwykle na tego typu imprezach był tłum przy jedzeniu, tłum w ogródku piwnym i pustki pod sceną ;)

Jedzenie pachniało cudownie i nie mogłam się powstrzymać od spróbowania czegoś oryginalnego. Mój wybór padł na kha-nom-krok, czyli smażone na takiej dziwnej patelni z dołkami ciasto (mąka ryżowa + mleko kokosowe) z dodatkami.... No właśnie, balam się dodatków, bo oni na to nie wsypywali niczego słodkiego - do wyboru była kukurydza, szczypior i taro. A że żaden z tych dodatków nie wyglądał na pasujący do kokosowego smaku, wybrałam mix i spróbowałam wszystkich 3 :)

I po zjedzeniu 6 pysznych, ciepłych kokosowych kulek, doszłam do wniosku, że zdecydowanie szczypiorkowe są najlepsze.

I tak się napaliłam na tajskie smaki, że wypożyczyłam wczoraj w mojej ukochanej bibliotece największą książkę z przepisami kuchni tajskiej. Mam upatrzone świetne danie, nie omieszkam się pochwalić jak wyszło (a jestem przekonana, że wyjdzie boskie!).

Na festiwalu były jeszcze wybory tajskiej piękności, lekcje gotowania, tańce, muzyka i loteria, w której oczywiście nie wygrałam ;) Jednak nic nie przebijało jedzenia (wiem wiem, jestem monotematyczna, ale po prostu lubię sobie dobrze pojeść).

niedziela, 03 października 2010
BOH - część 2

Parliament House

Po oddzieleniu Queensland od New South Wales w 1859 roku, Qeensland potrzebowało swojego własnego budynku parlamentu. Początkowo znajdował się na Queen Street, ale w roku 1864 zorganizowano konkurs architektoniczny na projekt nowego budynku, który zaczęto realizować rok później. Przez kolejne lata dobudowywano kolejne skrzydła/części/piętra/pomieszczenia, a dopiero w roku 1981 powstała ostateczna bryła.

W XIX wieku był to największy budynek w Queensland, więc tym bardziej podkreślało to jego rangę.

Niestety spóźniłam się na ostatnią wycieczkę z przewodnikiem i mogłam zwiedzić budynek, ale nie do końca wiedziałam co jest czym i dlaczego. Moja ciekawość nie została zaspokojona, co oznacza, że muszę tam wrócić :)

Miejscem ,które najbardziej przypadlo mi do gustu była oczywiście biblioteka i czytelnia. Do biblioteki wchodzi się po wielkich, drewnianych, skrzypiących schodach. W środku w gablotach znajdują się najstarszei najcenniejsze  książki z całego księgozbioru, a na półkach te odrobinę nowsze.

Biblioteka nie jest zupełnie unowocześniana wynalazkami typu komuterowy katalog. Jedyny katalog jaki istnieje to ten stojący na kominku w grubych, zakurzonych siedmiu tomach.

Miałam możliwość wyszukania dowolnej książki z katalogu i odnalezienia jej na półce. Doskonałe zdolności aktorskie pomogły zatuszować mi moją nieznajomość australijskiej i angielskiej literatury z XIX i początku XX wieku - wyglądało na to, że wiem co chcę znaleźć ;) Ależ to było przyjemne podotykać takie zakurzone stare księgi.

Wielkie schody prowadzące do biblioteki są oświetlone światłem padającym przez piękny witraż.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Pomoz Kasi w walce z choroba